Bochnia & Wieliczka

KRÓLEWSKA SOLNICZKA '108

Płynie rzeka przez krainę
i ma bardzo dumną minę,
bo gdzie chlupnie, gdzie nie spojrzy
– tam coś kochanego dojrzy:

Lasy, pola, łąki, górki
– mgłą otula i spowija;
wieże, okna, mury, murki
– w falach kąpie i odbija.

Nad tą rzeką miasto siedzi
z malowniczą okolicą
i wspomina dawne czasy,
kiedy było tu stolicą.

Nieopodal jest Wieliczka
pod Wieliczką zaś solniczka:
niegdyś soli wielka góra,
teraz wielka słona dziura!

Wtedy, kiedy w owej dziurze
była jeszcze solna góra,
to w stolicy na ulicy
można było spotkać Króla.

Władca konno albo pieszo,
z zamku na wysokiej skale,
do poddanych się udawał ...
Za nim orszak szedł ospale.

Szli u królewskiego boku:
kanclerz wielki, sekretarze...
nieco dalej w pogotowiu –
szli pisarze i tragarze.

W świcie Króla Jegomości
było kilku budowniczych
i rachmistrze z liczydłami,
gdyby trzeba coś policzyć.

Pan Podskarbi z kwaśną miną,
z sercem ciężkim jak wór złota,
ciągnął się na samym końcu:
męczyła go ta robota.

Król wędruje i planuje,
grody zamki wciąż buduje,
skarbiec szybko pustoszeje...!
Nie! Ja chyba oszaleję!


Takie myśli rozpaczliwe
Podskarbiemu spać nie dają,
kiedy nagle do stóp króla
dwaj poddani przypadają.

Chcemy prosić Cię nasz Panie!
Daj królewskie pozwolenie
na wydobywanie skarbów
z głębi ziemi – na drążenie!


Pan Podskarbi się ożywił
i rozjaśnił nadzwyczajnie,
i powiedział do monarchy,
że on się tą sprawą zajmie.

Ujrzał bowiem – jakby we śnie,
skrzynie w skarbcu pełne złota
i jak leży w swej komnacie
na brokatach, i klejnotach.

Król się zwrócił do kanclerza,
kanclerz zaś do sekretarza,
a sekretarz klaszcze w dłonie...?
i przed sobą ma pisarza!

Już pergamin z przywilejem
Król poddanym swoim wręcza,
a Podskarbi tych poddanych
pytaniami już zadręcza:

Gdzie te skarby? Gdzie to złoto?
Czy daleko od stolicy?
Ile wozów trzeba wysłać?
Kiedy trafi do mennicy?


Minął rok i dwa kwartały,
gdy u wrót zamku na skale
staje orszak niebywały
i dobija się zuchwale!

Otwierajcie szerzej wrota,
bo królewskie skarby jadą!
Są cenniejsze od brył złota!
Przywitajcie je z paradą!


Wtoczyły się na dziedziniec:
wozy, beczki, sakwy, skrzynie..
. Ach! – wołają Ochmistrzowie,
Och! – wołają Ochmistrzynie.

Pan Podskarbi skrzyń dopada,
zrywa wieko pierwszej z brzegu,
lecz po chwili krzyk podnosi:
Coście to przywieźli? Śniegu?!

Na to zjawia się z uśmiechem
Król z gromadą swych kucharzy.
Każe śnieg do kuchni nosić
i z tym śniegiem jadło warzyć.

Podczas uczty wyśmienitej
Król poetę o wiersz prosi,
by pochwałę Świętej Kingi
zgrabnym rymem wszem ogłosił.

Wziął poeta kruszec śnieżny,
uniósł w górę ponad głowy –
i gdy wokół zmilkły gwary
– odezwał się tymi słowy:

Nie tak dawno – przed stu laty
z kraju który zwą Panonią
szła królewna tutaj do nas,
żeby zostać naszą Panią.

Mówią, że swe solne wiano
z miłości nam przeznaczyła
a na dowód polski pierścień
w głąb kopalni upuściła.

Inni, że nad srebro, złoto
wszystkim dla niej dobroć była,
więc po prostu – jako zbytek,
złoty pierścień – wyrzuciła!

Klejnot wpadł do dziury solnej
w jej panońskiej ojcowiźnie,
a tu do nas lud przywiodła,
by jej służył na obczyźnie.

Wzięła z sobą mistrzów solnych,
żeby w swoim kraju nowym
przyuczali braci zdolnych,
jak dobywać skarb stołowy.

Gdy stanęli na rozstajach,
gdzie się krzyżowały drogi,
spotkali nad mokradłami
utrudzony lud ubogi.

Na ogniskach, paleniskach
gliniane naczynia stały,
a w tych garncach i półmiskach
solne zupy bulgotały.

Ognia strzegły piramidy
ułożone z bochnów solnych,
uwarzonych w owych garncach
przemysłem wielce mozolnym.

Tak, to właśnie Bochnia była,
solankowa okolica,
co na wieki dumna z tego,
że jest starsza niż stolica!

Spojrzeli po sobie mistrze,
z tobołków dobyli szpadle,
i zaczęli ziemię drążyć
szybko, pewnie i zajadle!

Po tygodniu – w wielkim dole
kilofami zadzwonili
i kruch wielki solnej skały
na powierzchnię wydobyli.

Niosą swojej Pani w darze
kęs podziemnej solnej góry,
Ona kruch rozkruszyć każe,
czym anielskie budzi chóry!


Patrzą ludzie i anioły,
senne przecierają oczy –
w sama porę, by zaświadczyć,
że z soli pierścień wyskoczył!

I że Kinga rozpoznała
swoją własność w tym klejnocie,
i z radością go oddała
tej bocheńskiej solnej grocie

Potem z wielkim nabożeństwem
wraz z bocheńskim społeczeństwem
podążyła ku stolicy,
a z nią wierni pomocnicy!

Raptem cztery mile dalej
znów mokradła napotkali,
a pośród nich ognisk świeczki
i robotny lud Wieliczki!

Powtórzyła się historia:
znowu solny dar odkryto,
chór wciąż śpiewał: Gloria! Gloria!
– bo znów pierścień wydobyto!

Kinga znowu pierścień gubi
w solnym szybie pod Wieliczką,
dziś owocem tych zaślubin
jest dostatek tu w solniczkach.

Ona to sprawiła cudnie,
że wciąż rodzi ziemi łono,
że w krainie Świętej Kingi
za sól nie płacimy słono!

Nad Wieliczką i nad Bochnią
wznieśmy serca oraz dłonie:
nasza wdzięczność za te skarby,
jak pochodnia – niechaj płonie!


Gdy poeta skończył dzieło
i gdy spojrzał na zebranych,
dostrzegł na policzkach wielu
słone strużki łez wylanych.

Pomyślał, że człowiekowi –
jeśli spojrzeć na rzecz z boku
– lepiej z solą na policzku,
aniżeli z solą w oku.

Potem wszyscy pod niebiosa
wysławiali wierszokletę
i żądali, by niezwłocznie
z poematu dał repetę!

Ale Król Jegomość skinął
na Kanclerza i zawołał:
Mości Panie racz wyjawić
nasze plany wszem dokoła!


Więc wezwany powstał z ławy,
wzrok zatrzymał na Podskarbim,
który pod spojrzeniem owym
trochę jakby się przygarbił.

I tak rzecze do zebranych:
Czas oświecić wszystkie stany,
że nasz Władca Miłościwy
jest nadzwyczaj szczodrobliwy!

Król Dobrodziej – jak ta Kinga,
chce ludowi ulżyć znoju,
pragnie mocno, by lud jego
żył w dostatku i w pokoju.

Przeto cudny dar pierścienia
chce pomnażać i zamieniać
na wznoszenie zamków, grodów
dla szczęśliwości narodu!

Osobliwie chce pamiętać
o mieszczanach i o kmieciach,
by w dostatku było chleba
i obfitość ryby w sieciach!

Krótko mówiąc, od tej chwili
skarby Bochni i Wieliczki
żywić będą czyn i mądrość,
wedle pragnienia księżniczki!

Od dziś, owe solne góry
Król do skarbu bierze swego,
a całego przedsięwzięcia
królewscy żupnicy strzegą!

Rynki solne oraz place,
sól na złoto będą zmieniać
– taka bowiem jest królewska
ekonomia i alchemia!

Pan Podskarbi niech szykuje
wielkie skrzynie i piwnice!
Na wzmożone bicie monet
niech rychtują się mennice!

Niech nam żyje Pan Łaskawy,
Mędrzec Wielki, Król Dobrodziej!
Niech się każdy dźwignie z ławy
i szacunkiem go nagrodzi!


Zerwali się biesiadnicy
z pucharami do toastów,
heroldowie zaś pobiegli
nowinę obwieścić miastu.

Król zaś uniósł dłoń nad gwarem,
gwar pod dłonią się uciszył,
cisza trwała i czekała,
że coś jeszcze dziś usłyszy.

I w istocie – Król przemówił
po raz trzeci do zebranych:
Przyszła pora by ozłocić
złotodajnych mych poddanych

Oto ci którzy sprawili,
że się ziemia otworzyła,
którzy składnie nakreślili
trakt drążenia w solnych bryłach!

Z nimi w solne labirynty
schodzą jak rycerze mężnie
i kopacze, i tragarze
żeby trudzić się potężnie!

Jak „na świecie” pewną ręką
grodami rządzą burmistrze,
tak w kopalniach moich obu
burmistrzami są bachmistrze!

Oni wiedzą, gdzie kto pójdzie,
gdzie kilofy, a gdzie młotki,
ile soli będzie w tydzień,
gdzie potrzebne psy, gdzie schodki!

Czas podziemnej niepogody,
jak my burze – rozpoznają,
ze Skarbnikiem są zbratani
i opiekę jego mają.

Za ich trud oraz oddanie,
za uczciwe zarządzanie,
za bogactwa pomnożenie,
mamy dla nich te pierścienie!

Bachmistrz nasze solne góry
w góry złota nam przemienia,
Ja przemieniam go w żupnika,
mocą tego tu – pierścienia!


I Król skinął na ochmistrza,
ten zaś ruszył między gości,
po czym przywiódł przed majestat
dwóch strwożonych jegomości.

Król przygarnął ich do piersi,
potem włożył na ich palce,
kute ze szczerego złota,
przecudnej piękności walce.

A na każdym Kingi postać,
a na jednym znak Wieliczki,
a na drugim znaczek Bochni
– podobne jak dwie solniczki!

Znów zaczęły się toasty
i uściski, i oracje,
potem tańce oraz śpiewy,
i klaskania, i owacje!

31. 05. 2009
Król z lubością obserwował
ludu swego wdzięk i gwarność,
i cieszył się, że się tworzy
wielka solna Solidarność.

Po tygodniu, zaraz po tym
jak skończono ucztowanie,
wzdłuż i wszerz całej krainy
zaczęło się budowanie!

Rosną w oczach grody, zamki,
pod zamkami smocze jamki,
w grodach rynki i ratusze,
na nich z blachy kapelusze!

Wszystkie domy murowane
z cegły pięknie wypalanej,
z kamiennymi fundamenty –
przy ulicach prostych, krętych.

A na rynkach rosną kramy
oraz towarowe składy,
w których kupcy zachwalają,
że dla wszystkich wszystko mają.

Wszędzie karczmy i zajazdy,
i dla koni stajnie, brogi,
bo przez miasta i przez wioski
wiodą szlaki, trakty, drogi...

Z obcych krain i od swoich
przybywają rzemieślnicy,
bo potrzeba mnóstwa rzeczy
na prowincji i w stolicy.

Ciągną licznie krawcy, tkacze,
kołodzieje i piekarze,
stolarze, bednarze, drwale,
młynarze, zduny, kowale!

A za nimi szewcy, cieśle,
ludwisarze i garncarze,
balwierze oraz kucharze,
kamieniarze i murarze!

W szkołach rozmaite sztuki
i pożyteczne nauki
kładzie się do chętnych głów
przy pomocy ksiąg i słów!

A do tego kazań wiele
i w bożnicy, i w kościele:
rozpalanie chęci, wiary
w duszach młodych oraz starych.

I tak jeszcze setki razy
zanim nowe się wydarzy,
zanim dachy zwieńczą dzieło,
co w marzeniach się zaczęło.

Król i jego urzędnicy
coraz częściej ze stolicy
wyruszają, by zobaczyć
rezultaty wielkiej pracy.

Mnóstwo zajęć ma Podskarbi
i ważenia, i liczenia,
bo gdzie tylko się nie zjawi
– tam jest dług do zapłacenia!

Ale uśmiech ma na twarzy
kiedy widzi dookoła,
jak z dukatów wyrastają
nowe zamki, grody, sioła.

Niegdyś smutny, osowiały –
dziś spokojnie w przyszłość patrzy,
bo wciąż nowe wozy jadą
od żupników i kopaczy.

Sól wielicka i bocheńska
w bochnach, beczkach i bałwanach
jest cenniejsza dziś od złota
i na złoto wymieniana.

Do wznoszonych miast bogatych
i do wiosek w chleb obfitych
chętnie przybywają kupcy
z krain bardzo znakomitych.

Za towary i dukaty
różne rzeczy od nas biorą,
więc kucharze za górami
zupy solą naszą solą!

A królewskie solne złoże
kroją coraz lepsze noże,
bo kowale ostrza kują
i wybornie stal hartują.

Ostrza drążą coraz głębiej,
windy schodzą coraz niżej,
do słoneczka coraz dalej,
do dna soli coraz bliżej!

Pod Wieliczką i pod Bochnią,
rok po roku coraz szerzej,
rozpełzają się chodniki,
kiedy górnik sól z nich bierze.

W szyby, sztolnie i komory
jadą mechaniczne ręce:
wały, liny, wózki, skrzynie,
by sól kopać szybciej, więcej!

Kiedy Król odwiedza grody
i podziwia ich wznoszenie,
myśli sobie: tam w kopalniach
tego dzieła są korzenie!


W miarę jak płynęły lata
i jak rosły w gmach stuleci,
solnych skarbów ubywało –
dziś gmach solny pustką świeci.

Zatrzymały się kieraty,
umilkły kilofy, młoty,
pozostały wyrobiska,
szyby, schody oraz groty.

Ale to nie koniec wcale
naszej solnej opowieści,
bo gmach solny, choć bez soli,
nowych wciąż górników mieści!

Przyjeżdżają z antypodów,
by wydobyć choć okruszek
skarbu prawdy i legendy,
który im rozświetli duszę.

Zagłębiają się w kopalni,
w owym solnym kalendarzu,
w którym żyje czas kopaczy,
pokutników i tragarzy.

Spotykają maszynerie,
windy ręczne oraz nożne,
sanice i wagoniki,
kaganki i lampioniki.

Tu do komór, grot i kawern
idą mnóstwem korytarzy
do solennie rozmodlonych
żyrandoli i ołtarzy.

I nie mogą wyjść z podziwu,
że te dzielne lwy górnicze,
miejsca z których sól zabrały
– przemieniły na kaplice.

Że tu mają swe komnaty
święte, święci, monarchowie,
dyrektorzy i uczeni,
i poeci, i wodzowie.

Że tę wydrążoną ciemnię
wciąż rozjaśnia niebywale
wielka wdzięczność solnych braci,
która płonie w każdej skale!

Chociaż dzisiaj sól jest tania,
ci górnicy bez szemrania,
czy są biedni czy bogaci –
za wstęp słono muszą płacić!

Ale za to po powrocie –
z pamiątkami, z legendami,
mogą mówić: też jesteśmy
tej historii – górnikami!