Człowiek w bibliotece,
czyli notatka bibliotekarza o misterium dojrzewania

W naszej bibliotekarskiej wiedzy fachowej istnieją znaczne dysproporcje między tymi treściami, które dają nam przygotowanie do pracy z biblioteką martwą, czyli z materiałami bibliotecznymi, a tymi, które powinny nas wspomagać w pracy z biblioteką żywą, czyli z użytkownikami. Intencją tego artykułu jest częściowa zmiana owych proporcji. Cały ten tekst usiłuje powiedzieć, że głównym celem naszej pracy w bibliotekach jest wspomaganie człowieka, który dojrzewa, oraz, że dlatego jest to nasz cel główny, że celem życia w ogóle jest dojrzałość.

O tym, że życie jest ciekawym, ambitnym i zaszczytnym zadaniem

Kiedy stwierdzamy, że celem życia - również ludzkiego - jest osiągnięcie dojrzałości, to chcemy dać wyraz naszej spolegliwej postawie wobec życia. Chcemy powiedzieć życiu, że je rozumiemy, oraz że na dowód tego postaramy się je traktować jako ciekawe, ambitne i zaszczytne zadanie, a nie jako chorobę na śmierć. To uświadomienie warto mieć pod ręką w spotkaniu z każdym człowiekiem, ale szczególnie z tym, który jeszcze nie odkrył, że stale przebywa w źródle nadziei i sensu.

Dojrzałość jest jak widnokrąg, który - pomimo, że wytrwale zdążamy ku niemu - zawsze jest przed nami. Dlatego nie ulega wątpliwości, że każdy z nas jest zawsze i wszędzie w drodze do dojrzałości, wobec tego prawdą jest, że nikt z nas nie czuje się nigdy ani w pełni dojrzały, ani w pełni sprawny. Jeśli potrafimy uznać tę prawdę, to i potrafimy na codzień żywić się optymizmem jaki z niej płynie.

Są dwa powody żeby cieszyć się z fenomenu powszechnie poczuwanej niepełnej sprawności i niepełnej dojrzałości. Po pierwsze, w takim stanie rzeczy nic i nigdy nie pozbawi nas szansy i satysfakcji doskonalenia się. Po drugie, to uświadomienie jednoznacznie poprawia klimat naszych wzajemnych relacji: kiedy bowiem już wiemy, że nikt spośród nas nie czuje się nigdy ani w pełni dojrzały, ani w pełni sprawny, to potrafimy zrozumieć, że nawet spotykana tu i ówdzie chełpliwość, z powodu rzekomych przewag, jest tylko jednym z przejawów braku pełnej dojrzałości i potrafimy skupić się raczej na obmyślaniu sposobów, jak pomóc zobaczyć właściwy horyzont, niż na tym jak moglibyśmy pokonać wyimaginowanych rywali.

Uznanie wspomnianej prawdy daje nam przeto logicznie zasadną i zdrową motywację do tego, żebyśmy się wzajemnie wspierali, żebyśmy się dzielili osiągnięciami oraz - przede wszystkim - żebyśmy się starali o wzajemne zrozumienie i porozumienie, trudno jest bowiem wyobrazić sobie, że można osiągać postępy w prawdziwym dojrzewaniu i prawdziwym usprawnianiu się bez woli wzajemnego przebywania i współdziałania ze sobą - bez wzajemnej akceptacji.

O tym, w jaki sposób przyjmować w bibliotece człowieka, który dojrzewa

Codzienne uczestnictwo bibliotek w usprawnianiu ludzkiego dojrzewania zdaje się nie podlegać kwestii. Kiedy my bibliotekarze zajmujemy się gromadzeniem i upowszechnianiem dorobku myśli ludzkiej - a to jest naszym oficjalnym zadaniem - to jednocześnie, mniej lub bardziej świadomie, uczestniczymy w usprawnianiu się tych, którzy z naszej pracy korzystają. Naszym zdaniem nie ma żadnego istotnego przeciwskazania, żeby nie uzupełnić definicji bibliotekarstwa, już teraz - niejako z marszu - o zapis, który będzie dodatkowo skupiał naszą uwagę na tym nadrzędnym, jak się okazuje, celu naszych działań. A ta nowa definicja powie nam, że zadaniem bibliotekarstwa jest uczestniczyć w usprawnianiu ludzkiego dojrzewania przez gromadzenie i upowszechnianie dorobku myśli ludzkiej. Owa, zdawałoby się kosmetyczna, korekta wystarcza do tego, żebyśmy zaczęli się troszczyć o to dojrzewanie w sposób o wiele bardziej metodyczny, niż dotychczas. Bez trudu dostrzeżemy bowiem, że ten dopisany przed chwilą cel staje się probierzem jakości każdego naszego bibliotekarskiego działania; że jest to niejako automat do sprawdzania stopnia adekwatności naszej pracy w stosunku do potrzeby użytkownika. Innymi słowy, wprowadzony do naszej świadomości zapis, o tym, że w bibliotece uczestniczymy właśnie w usprawnianiu ludzkiego dojrzewania, zaczyna pełnić rolę strażnika sprzężeń zwrotnych między naszą pracą i jej społecznymi efektami. Nadto, wyposażeni w wiedzę o tym, że uczestniczymy w usprawnianiu ludzkiego dojrzewania przestajemy być bezbronni wobec tych głosów, które istnienie i funkcjonowanie bibliotek uzależniają od rzekomo obiektywnego wskaźnika zapotrzebowania na ich usługi, nie bacząc na to, że bardzo dobra społeczna sprawność biblioteki zależy od uczciwej, czyli nie minimalnej, redystrybucji środków wpłacanych przez obywateli na utrzymanie usług i stanu wszystkich ważnych instytucji oraz urządzeń społecznych na najwyższym i coraz lepszym poziomie. Rzecz jasna, że źle zaopatrzone, nieprzystępne lokalowo i zaniedbane kadrowo biblioteki, nie potrafią sprostać pytaniom i aspiracjom współczesnych obywateli, jednak bibliotekarz, który potrafi posługiwać się zaproponowaną wyżej nową definicją bibliotekarstwa, potrafi w konsekwencji być stanowczym rzecznikiem prawa obywateli do fachowej bibliotecznej pomocy w racjonalizowaniu i tym samym w usprawnianiu procesów dojrzewania, które są i efektem, i źródłem i… sednem kultury. Ta wiedza niesie również szansę poprawy bibliotekarskiego profesjonalizmu tudzież samopoczucia

Jeśli naprawdę uświadomimy sobie, że głównym powodem wszystkiego co się nam zdarza w życiu - tego, że rano budzimy się do życia, samej rzeczywistości snu i wszelkiej naszej poprzedniej aktywności - jest owa wpisana w nasz byt frapująca konieczność dojrzewania, wówczas nic już nie będzie takie samo jak było; wszystko w naszym życiu zacznie się subtelnie zmieniać. Między innymi, okaże się, że jeszcze wczoraj przychodziliśmy do pracy głównie w tym celu, żeby gromadzić i upowszechniać treści kultury, dzisiaj natomiast będziemy je już gromadzić i upowszechniać, żeby wspomóc dojrzewanie talentów, umysłów, emocji, uczuć, charakterów, osobowości, relacji i więzi, żeby wspomóc dojrzewanie społeczeństwa i świata. Będziemy świadomi tego, że także w bibliotece, w każdym naszym dojrzewającym gościu, w naszej obecności i przy naszej pomocy dokonuje się właśnie - owa jedynie rzeczywista i jedynie możliwa - mikroprzemiana całego organizmu społecznego.

Jak widać, mamy głębokie i ważne powody, aby w sposób nie tylko spontaniczny ale i wielce odpowiedzialny zainteresować się każdym, kto przychodzi do biblioteki po pomoc. To już zaczyna być zaczątek metody naszego kontaktu z czytelnikiem i w ogóle, zaczątek wypracowywania naszego stylu spotkania z drugim człowiekiem. Aby więc aktywnie i świadomie, czyli metodycznie, towarzyszyć czytelnikowi w jego różnorodnych problemach, potrzeba nam trochę namysłu nad tym co dzieje w człowieku, który dojrzewa.

O tym, że dojrzewanie to zawsze proces wewnętrzny

Dojrzewanie to zawsze wielce tajemniczy trudno dostępny proces wewnętrzny. Nie od razu potrafimy kierować naszym własnym dojrzewaniem, a w jeszcze mniejszym stopniu potrafimy dokonywać wglądu w jakość tego procesu u innych. Czas, w którym nasze wnętrze staje się obiektem introspekcji - bez której nie sposób dokonać samooceny i korekty konstytuujących nas wartości i umiejętności - bywa różny i może też nigdy nie nadejść. Dziecko idące do szkoły wie wprawdzie, że idzie się uczyć, ale nie wie na ogół, że właśnie dojrzewa. Nie można też mieć niestety pewności, że wszyscy rodzice i nauczyciele wiedzą to, że uczenie się jest jednocześnie dojrzewaniem, ponieważ i ta wiedza zależy od poziomu dojrzałości konkretnych osób. Jak widać, sprawa naszej osobistej i nieustannej samowiedzy jest nader pilna, jeśli mamy mądrze i odpowiedzialnie towarzyszyć w dojrzewaniu innym osobom.

Jednak to owa zasadnicza niedostępność procesu dojrzewania leży właśnie u podstaw kultury i cywilizacji. Od tysiącleci trwają i doskonalą się procesy usprawniania dojrzewania, i raczej bez świadomości, że o to właśnie chodzi. Ciągle usiłujemy tę niedostępność jakoś przeniknąć, usiłujemy rozeznać i określić poziom własnej dojrzałości i dojrzałości innych ludzi. I ciągle okazuje się, że jest to możliwe zawsze tylko w jeden sposób, a mianowicie poprzez ogląd i analizę naszej ekspresji i ekspresji innych ludzi. Tę analizę znakomicie ułatwia standaryzacja życia ludzi i coraz bardziej racjonalne metody skłaniania ich do wypowiedzi. Dlatego w ludzkim świecie wszelkie doświadczenie tak długo nie jest jeszcze w pełni dojrzałe, jak długo nie ma swojego wyrazu w standardzie wspólnoty, czyli w jej języku. W nim dokonuje się wzrastanie człowieka i definiowanie wszelkich przejawów istnienia. Kiedy wszystko co czynimy, wszystko co czujemy jest ponazywane i zdefiniowane, wówczas możemy być czytelni i przewidywalni dla samych siebie, i nieco później - po akcie naszej ekspresji - dla innych członków naszej wspólnoty językowej. Jak widzimy, wspomniana niedostępność procesu dojrzewania, rodzi w nas nieustannie potrzebę samowiedzy i wzajemnej wiedzy o sobie i powoduje też, że nieustannie samookreślamy się i korygujemy. W ten sposób tworzymy sobie coraz to nowe i lepsze warunki do optymalnie bezpiecznego współistnienia, a tym samym - do optymalnego wspólnotowego dojrzewania.

Warto przy tym pamiętać, że rodzajem społecznego kamienia filozoficznego, od którego zależy uzyskiwanie w miarę prawdziwego wglądu w poziom dojrzałości innych, była od zarania ludzkości elementarna dojrzałość etyczna uczestników procesu komunikacji, czyli dojrzałość w takich sferach życiowego doświadczenia jak: życzliwość, uczciwość, zaufanie, wola, odwaga, wierność, spolegliwość i miłość. I pod tym względem nic się do dzisiaj nie zmieniło: żeby otwierać ludzkie serca i umysły nadal potrzebne są coraz to nowe, indywidualnie dopasowane klucze; żeby otwierać ludzkie serca i umysły nadal potrzebni są coraz to nowi fachowcy wyposażeni w ów kamień filozoficzny i potrafiący się nim cierpliwie posługiwać.

Bibliotekarzom, szczególnie tym, których można nazwać bibliotekarzami pierwszego kontaktu nadarza się nieustannie ta komfortowa okazja, że mogą - bez ingerowania w prywatność dojrzewania - doświadczać spontanicznego afirmowania się przyrostu wiedzy i dojrzałości czytelników. Jeśli mają w sobie wspomniany kamień filozoficzny i potrafią interpretować sygnały jakie pojawiają się w zachowaniu ich czytelników, to mogą z pasją współuczestniczyć w tej bibliotecznej grze o lepsze.

O autoregulacji i autokomunikacji czyli o języku, który jest człowiekiem z krwi i kości

Żeby lepiej zrozumieć człowieka, który przecież i w naszej obecności dojrzewa, warto - w sposób metodyczny - prześledzić to co się w nim z chwili na chwilę dokonuje. Wykorzystamy do tego celu fragmenty opisu funkcjonowania ludzkiego bytu, zaczerpnięte z Autoregulacyjnej i Autokomunikacyjnej Koncepcji Człowieka, sformułowanej między innymi przy okazji próby wyjaśnienia fenomenu czytania i jego aspektów terapeutycznych1. Dla wygodniejszej lektury, przydługą nazwę tej koncepcji zastępujemy dalej skrótem: AKC.

Tezy AKC są następujące: Nasz ludzki byt jest układem homeostatycznym, takim, który samoistnie utrzymuje się w aktywności dzięki zdolności autoregulacji, a konkretnie: dzięki zdolności nadawania (więc formowania) i odbioru (więc uświadamiania) autokomunikatów o stanie swojego istnienia. Sięgając głębiej, do poziomu procesów metabolicznych, można powiedzieć, że dzięki owej nieustannej autoregulacji i autokomunikacji, ściślej nawet, dzięki autoregulacji metodą autokomunikacji procesy metaboliczne uzyskują i utrzymują swoiście ludzką integralność. Autoregulacja procesów życiowych polega na precyzyjnej autokontroli, co oznacza, że owe procesy samodefiniują się, że formują się w autokomunikaty. To, co nazywamy psychiką, świadomością, językiem, to jest właśnie sfera autokomunikatów - zintegrowanych w sens stanów metabolicznych. Świadectwem tego zintegrowania się procesów jest narastanie, razem z pojawieniem się w nas określonej treści, poczucia homeostatycznego sensu aktualnej reakcji życiowej - poczucia większej lub mniejszej równowagi ustroju w danym momencie. W taki oto prosty i "sensowny" sposób odbywa się nieustanny monitoring homeostazy naszego ustroju.

W obrębie AKC, określenia takie jak: treści psychiki, treści świadomości, treści językowe traktowane są jako synonimy, które nazywają w różny sposób to samo zjawisko. Naszym zdaniem najlepsze zrozumienie czym istotnie są owe treści, daje wykładnia językowa. W tym ujęciu, treść jest skonkretyzowaną, uchwytną jako sens bycia, reakcją życiową, która uobecnia się w nas jako odpowiednio dojrzała, zatem odpowiednio konkretna, forma językowa. Nieco inaczej, treści to - konstytuujące naszą psychikę, tudzież świadomość - procesy metaboliczne, które uzyskują i utrzymują wspomnianą integralność (sens) w formach językowych. Właśnie językowy wymiar przemian ustrojowych przesądza o tym, że każda nasza reakcja życiowa jest naturalnym autokomunikatem: autokomunikatem właśnie o tym, że ustrój dokonał kolejnego aktu autoregulacji.

Jak widać, AKC zwraca głównie uwagę na nieustanną, istotową obecność języka w człowieku i ujmuje go jako fenomen biologiczny, a konkretnie jako proces formowania się sensu aktualnej reakcji życiowej. AKC zajmuje się więc przede wszystkim tym momentem procesów życiowych, w którym dokonuje się językowa autokreacja naszego istnienia. Bada najpierw wewnętrzną - autoregulacyjną i autokomunikacyjną - naturę języka. Dopiero później bada jego naturę zewnętrzną - społeczną. Postępując w ten sposób AKC ma nadzieję wypracować przesłanki do bardziej precyzyjnego opisu języka - również jako regulatora organizmu społecznego.

Obserwacja tego wewnętrznego poziomu pozwala dostrzec, że cechą swoistą tworzących nas, niepoliczalnie mnogich procesów i stanów metabolicznych jest - obok wspomnianej integralności - ich samoistność. AKC obserwuje, że autokomunikaty są samoistnie formującymi się w postać językową reakcjami życiowymi. Rozumuje w ten sposób: jeśli podmiotem autoregulacji jest nasze żyjące uniwersum procesów metabolicznych - afirmujące się w reakcjach życiowych, w samoświadomych sposobach bycia, w językowo uformowanych autokomunikatach - to znaczy, że język istnieje w sensie organicznym, jest życiem w sensie dosłownym. Właśnie dlatego AKC postrzega toczącą się w człowieku autoregulację jako autoregulację organizmu języka - który dzięki niej w nieskończoność wie, że jest tym, który wie, że jest tym, który wie…AKC nazywa autoregulację języka, reakcją językowania, bądź po prostu: językowaniem.

Początkowa trudność w posługiwaniu się pojęciami AKC i w patrzeniu na człowieka może polegać na tym, że przyzwyczailiśmy się traktować język jako twór abstrakcyjny2, na dodatek jako coś w rodzaju absolutu wszelkich tajemnic; chodzi tu o dotychczasowe dogmatyczne i naszym zdaniem błędne sytuowanie pytania o istotę języka jako zagadnienia nie rozwiązywalnego: nie wiemy jaka jest istota języka dlatego, że nie sposób przy pomocy języka wyjaśnić istoty języka. W konsekwencji pytanie o istotę języka zwykło się kwitować w taki sposób: …to ci radzę mój chłopczyku nigdy nie mów o języku… Tak się jednak złożyło, że autor AKC nie był zaszczepiony przeciw temu pytaniu i po pewnym czasie - zadając je książkom i nie uzyskując satysfakcjonującej odpowiedzi - zorientował się, że w istocie… i zadaje je sobie i …sam usiłuje na nie odpowiadać. Ten dosyć prosty zabieg przeobraził się w konstatację-hipotezę, że mianowicie, sformułowanie trafnej odpowiedzi na pytanie, sformułowanie adekwatnego do danej wewnętrznej potrzeby, językowego konstruktu, nigdy nie przychodzi z zewnątrz, ale pojawia się - rodzi się - we wnętrzu żyjącego podmiotu i jest sposobem rozpoznawania przez ów podmiot jakości swojego istnienia w danej chwili. Inaczej mówiąc, język, a ściślej językowanie, to sposób samopowiadamiania się - czyli właśnie autokomunikacji - bytu, organizmu (nie tylko zresztą ludzkiego) o stanach swojego bycia. AKC jest zatem koncepcją człowieka-języka; jest koncepcją, która usposabia nas do myślenia o człowieku głównie jako o języku z krwi i kości, a o języku - na odwrót - jako o człowieku z krwi i kości.

O tym, że człowiek dlatego dojrzewa w języku, że język dojrzewa w człowieku

W kontekście pojęć i terminologi AKC, dojrzewanie człowieka, który jest językiem z krwi i kości3, dokonuje się dlatego, że dojrzewa jego język, czyli człowiek z krwi i kości. Inaczej mówiąc, to właśnie język jest kreatorem człowieka. Język wyodrębnia nas spośród całej ludzkiej populacji jako Aborygenów, Hindusów, Szwedów, czy Polaków; a przy tym jako aktorów, astronomów, bibliotekarzy, informatyków, muzyków, a ponadto jeszcze podróżników, zbrodniarzy, bohaterów i świętych. To język decyduje o tym, czy stajemy się dobrzy, uczciwi, mądrzy, pracowici, radośni….czy czujemy się dorosłymi czy dziećmi. Podczas rozważania kwestii naszej dojrzałości, ważne jest, aby pamiętać - co wynika z AKC - że każde wpowiedziane, czy tylko pomyślane przez nas słowo - żeby było naszym słowem, słowem, które nas konstytuuje, słowem, które w dostatecznym stopniu rozumiemy - musi być przeżyte, przereagowane przez nasz ustrój, ponieważ rozumienie czegoś jest zawsze swoistym, najbardziej osobistym, doświadczeniem egzystencjalnym. To ostatnie zaś polega na doznawaniu, czyli na wiedzy psychosomatycznej, zawierającej się w formule wiem jak to jest albo czuję to. Zatem słowa, zdania i wszelkie znaki muszą uzyskać swój biochemiczny i bioenergetyczny ekwiwalent, ponieważ inaczej po prostu nie pełnią swojej właściwej roli: nie znaczą stanu naszego wnętrza, są puste. To co AKC nazywa domykaniem się uświadomień, lub integrowaniem się stanów metabolicznych naszego ustroju w sens, to jest właśnie proces jednoczesnego dojrzewania form językowych, którego owocem jest wewnętrzne odczucie optymalnego dla danej chwili sensu, zrozumienia i gotowości do ekspresji, natomiast na zewnątrz tym owocem jest właśnie - adekwatna do tych stanów wewnętrznych - ekspresja.

Przestrzeganie wspomnianej przed chwilą zasady ekwiwalencji słów i przeżyć jest niezmiernie istotne, żeby język mógł być postrzegany przez nas jako w miarę niezawodny wskaźnik dojrzałości człowieka. Powinniśmy zatem pamiętać o istnieniu poetyki pustych (niedojrzałych) słów i o naszej zawodowej powinności, aby - w miarę naszej dojrzałości - przekształcać stereotyp tej niby-komunikacji w komunikację rzeczywistą. Bardzo istotnym uświadomieniem w tej kwestii, jest mianowicie to, że częstym powodem naszych ekspresji jest oczekiwanie na pozytywną ocenę naszej wartości. Chcemy po prostu wiedzieć, że jesteśmy akceptowani. A potrzeba nam tego, ponieważ nie osiągnęliśmy jeszcze w sobie pełnej samoakceptacji. Oczywiście nie zawsze musi tak być, bywa bowiem, że ekspresja startuje z poziomu dojrzałości życiowej, w poczuciu powinności wobec wspólnoty, której chce służyć, jak to być może ma miejsce również w przypadku tego tekstu. Owej domniemanej niby-ekspresji nie należy przeto pochopnie zbywać konstatacją, że mądry wie co mówi, a głupi mówi co wie, natomiast należy - w sposób świadomie akceptujący człowieka, czyli byt, który w naszej obecności właśnie dojrzewa, a w którym autokomunikacja nie dała jeszcze dojrzałych uświadomień - wyrazić przekonanie, zawsze zresztą uzasadnione, że w tym co zostało powiedziane, jest pewna bardzo interesująca kwestia, wymagająca jeszcze cierpliwego dopracowania. Oczywiście, od naszej wnikliwości, talentu i woli, zależy to, czy potrafimy naszemu partnerowi w komunikacji dopomóc tak, aby ujrzał on przed sobą, ten najlepszy na dany moment swojego życia, temat-horyzont i cel dojrzewania.

O tym, że zawsze żyjemy "na temat"

AKC dostarcza nowej, spójnej aparatury pojęciowej i terminologii przydatnej do metodycznego namysłu nad fenomenem ludzkiej egzystencji. W pojęciach i terminach AKC można zatem z powodzeniem scharakteryzować człowieka, którego w bibliotece zwykło się nazywać czytelnikiem.

Przyjmujemy za pewnik, że tak jak wszędzie indziej, tak i w bibliotece nasz czytelnik właśnie się równoważy, czyli doznaje nierównowagi-równowagi istnienia w nieprzerwanym potoku napięć i wieńczących je autokomunikatów, owych wspomnianych już form językowych; zatem w naszej obecności, bez przerwy zmienia się. Jesteśmy świadkami tego, jak właśnie teraz w bibliotece zmienia się jego dojrzałość życiowa. Wiemy na gruncie AKC, że chociaż zawsze istotnym stymulatorem tych zmian jest aktualne otoczenie - teraz akurat nasza biblioteka - to z tym rozległym bodźcem zewnętrznym współistnieją, konkurują, a na ogół dominują nad nim, bodźce wewnętrzne. Uświadamiamy sobie, że obok takich wewnętrznych dynamizmów jak konstytucja psychofizyczna, popędy, czy doznania ze strony ustroju, od najmłodszych lat życia nurtuje w naszym gościu to, co potocznie nazywamy samopoczuciem, a co w terminologii AKC precyzujemy - traktując te określenia jako synomimy - jako poczucie niepełnej sprawności, niepełnej wiedzy, niepełnej gotowości, niepełnej równowagi, niepełnej dojrzałości i - powstające w reakcji na owe dyskomforty - stany zrównoważenia, oznaczające często przyrost i postęp osobniczej dojrzałości. Te niespełnienia, niedosyty, czy niedomknięcia, są obecne - rzecz jasna - nie tylko w stanie jego złego samopoczucia, są one obecne również w dobrostanie, z tą tylko różnicą, że mają znaczenie mobilizujące i trudniej je sobie uświadomić jako napięcia. AKC każe nam pamiętać o tym, że w naszym czytelniku toczy się właśnie batalia o to, który z dojrzewających w nim wątków życiowych (tematów) zawładnie polem jego uwagi. Dlatego zaczynamy się zastanawiać czy samopoczucie naszego czytelnika jest już stematyzowane czy nie. Jako profesjonaliści gotowi uczestniczyć - w myśl zmodyfikowanej wcześniej definicji bibliotekarstwa - w usprawnianiu procesu jego dojrzewania, zadajemy sobie pytanie: na jaki temat żyje on w tej chwili.

Przy okazji - w trybie introspekcyjnym - uzmysławiamy sobie, że samopoczucie jest procesem, który dąży do tego, aby osiągnąć swój specyficzny ekwiwalent językowy, prawdopodobnie także w swoich postaciach patologicznych, kiedy to tematem życia jest brak tematu, brak celu, brak woli, brak siły, brak sensu, brak skupienia. Z niejakim zaskoczeniem konstatujemy że żyjemy zawsze na temat: mówimy na temat (nawet kiedy nie na temat), pracujemy na temat, odpoczywamy na temat i milczymy również na temat; że realizujemy nieustannie jakieś przedsięwzięcia i uczestnicząc w swoim własnym życiu, jednocześnie "opowiadamy" je sobie; że w autokomunikatach, a więc w obrazowo-sensowych formach językowych, a jednocześnie w słowach-zdaniach doświadczamy własnych fabuł; że intuicyjnie (?) chętniej zajmujemy się tym, czego jeszcze w pełni nie znamy, natomiast to co poznaliśmy, przestaje nas zajmować, chociaż owszem, rezyduje nadal w naszym układzie językowym (pamięci) jako biochemiczny i bioenergetyczny zapis-program minionej reakcji życiowej i jej sensu. Spostrzegamy również: że problem, który nas aktualnie intryguje, podnieca i trzyma w napięciu, to coś, co ma już początek, ale jeszcze nie ma zakończenia; że zdążamy ku równowadze, kiedy proces poznawania-działania stopniowo zapełnia się zdarzeniami-doświadczeniami-sensami, czyli wtedy kiedy potrafimy wiedzieć co się zdarzyło i zdarza, w czym uczestniczyliśmy i uczestniczymy i z jakim efektem; że zdążamy ku równowadze, kiedy domykają się uświadomienia, kiedy obrazy ujawniają swoje znaczenie, kiedy pojawiają się właściwe słowa i sensy. Dla adepta AKC ta sytuacja oznacza, że procesy metaboliczne, zintegrowały się w nowy sens w nowych formach językowych, że ludzki byt wzbogacił się o nowy sposób bycia, że znowu się usprawnił i dojrzał…Z tego namysłu wybudza nas czytelnik, pytając nieśmiało o temat naszej zadumy. Widzimy, że właśnie jego metabolizm osiągnął nową formę językową, nowy sens, i że w tej chwili żyje i dojrzewa właśnie na nasz temat…

O tym, co piszczy w narodzie

Słownik języka polskiego PWN zawiera około 80 tysięcy haseł. Pośród nich są nazwy rzeczy (zewnętrznych i wyobrażonych), nazwy czynności i zjawisk (zewnętrznych i wyobrażonych) oraz nazwy cech i właściwości (rzeczy, czynności i zjawisk - zewnętrznych i wyobrażonych). Z tego materiału leksykalnego można utworzyć niepoliczalne ilości złożeń, w tym zdań, równoważników zdań oraz metafor. Wszystkie te słowa zaistniały już olbrzymią ilość razy w funkcji swoistych pieczęci mentalnych potwierdzających, że przemiany wewnętrzne w żyjących ludzkich organizmach zestroiły się, czyli dojrzały każdorazowo w jeden bardzo precyzyjny stan. Wiele z tych słów pieczętuje właśnie w tej chwili domykające się w naszych rodakach reakcje życiowe, potwierdzając w jednym uświadomieniowym akcie ich osobisty i jednocześnie wspólnotowy sens. Każde z kilkudziesięciu milionów polskojęzycznych ludzkich istnień, w toku nieustannej autoregulacji, generuje z chwili na chwilę autokomunikaty, dzięki którym wie w jaki sposób właśnie istnieje. W ciągu każdej sekundy, miliony uświadomień i gigantyczne ilości konsumowanych słów: w samotności, w rodzinach, w bibliotekach, w szkołach, w tramwajach i pociągach, w fabrykach, w urzędach i redakcjach, w dobrobycie i w niedostatku, w milczeniu i w rozmowach, w modlitwach…wielkie, niekończące się językowanie, nieustanne językowe dojrzewanie.

Nasz czytelnik poszedł sobie dojrzewać do domu i będzie się wspomagał tekstem książki, którą wypożyczył w bibliotece. Co też dzieje się w nim podczas czytania? Czy to samo, co działo się w autorze podczas pisania książki? I czym właściwie jest książka?